"...lecz idzie niewesoło i po drodze drzemie".
Tak właśnie szła na Północ. Drzemała po drodze, zawracała, marudziła, ale w końcu dotarła. Bez butów. Wiosna na Północy jest jak zwykle spóźniona i jak co roku chce mi to wynagrodzić w ciągu kilku dni.
 |
Muscari armeniacum |
Szafirki przywitały ją pierwsze. Nie czekały aż śnieg stopnieje. Przebiły się zielonymi kłami przez matę kokosową, którą okryłam je w październiku, a następnie przez zmrożony śnieg. Kosztowało mnie niemało zachodu i nerwów, żeby usunąć matę nie niszcząc kiełków. W końcu się udało, ale mój Ty Boże, cóż one sobą prezentowały? Bladoróżowe, anemiczne, sfatygowane jak źle wyprasowana męska koszula, podduszone pod tonami śniegu i ową nieszczęsną matą. Na szczęście dziś mają się o wiele lepiej. Nabrały zielonego, zdrowego koloru i zmieniły się w rozetki.
U niektórych widać już niebieskie zalążki pąków. W dużym powiększeniu wyglądają jak smocza łuska lub jajo jakiegoś mitycznego stworzenia zniesione po cichu nocą i upchnięte między skałami.
Po szafirkach obudziły się krokusy. Małe klejnoty błyszczące między skałami.
Krokusy mają w sobie jakieś dzikie, pierwotne piękno. Afrodyzjak starożytnych Persów. Szafran. Najdroższa przyprawa świata. Pomyśleć, że potrzeba 150 tysięcy kwiatów, żeby uzyskać jeden kilogram szafranu.
Moje skromne krokusowe poletka natychmiast przywabiły kosmate trzmiele.
Dla nich z pewnością te krokusy są cenniejsze niż złoto. Niewiele jeszcze w okolicy rozwiniętych kwiatów. Bezcenny pyłek poleci na owadzich nogach do małych, podziemnych komnat.
A buczenie, kwitnienie, wydzielanie zapachu, wzrost roślin i topnienie śniegu oraz wszystkie pozostałe procesy zachodzące w ogrodzie przebiegają pod kontrolą inżyniera nadzoru:
 |
Inżynier nadzoru |
Z zachwytem przywitałam także lilię tygrysią. Ta królewska piękność ma swoją własną historię, którą opiszę w oddzielnym poście.
 |
Lilia tygrysia |
Wczoraj zmaterializowała się również czule żegnana jesienią (mimo jej okropnego zapachu) lilia cesarska. Pojawiła się na klombie dosłownie w godzinę. Wystarczyło odgarnąć zalegającą resztkę śniegu i już w południe można było podziwiać masywny, żółtozielony ząb. Ma już dobre 4 cm długości. Niedługo go Wam pokażę. I to właściwie tyle. Biegam między tymi swoimi cebulkowymi dziećmi. Karmię je, grabię zeszłoroczne liście, przycinam krzewy, sieję. A ogród gada jakby go ktoś zwolnił ze ślubów milczenia. Słyszę go nawet kiedy wracam do domu i patrzę przez okno na przyciętego cisa, różaneczniki i wciąż jeszcze łysy jaśminowiec. Więc to tak... Trzeba zasypiać z bolącymi od wykręcania dzikiego bzu nadgarstkami i widokiem kiełków pod powiekami. Trzeba się martwić o niesprzątnięte liście, czy aby nie duszą budzących się konwalii. To cała gramatyka. I zaczyna się rozumieć ten dziwny język.